Sezon 2025/26 Ekstraklasy wkracza w decydującą fazę, a wszystkie oczy kibiców i sportowych ekspertów zwrócone są na pięciu głównych pretendentów do mistrzowskiego tytułu – tytułu, który w tym roku waży więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Tymczasem Legia Warszawa, drużyna o niekwestionowanej historii i mentalności zwycięzców, znów wydaje się pozostawać w tyle. Choć legionistom z pozoru nie brakuje ambicji i chęci walki, wszystko wskazuje na to, że piąty rok z rzędu zakończą sezon fiaskiem, jedynie obserwując triumf któregoś z rywali.
Drużyna, która nie rozpala nawet płomyka nadziei
Kibic Legii Warszawa to prawdziwy bohater. Cierpliwy, oddany i, jakby to powiedzieć najdelikatniej, odporny na ból. Trzeba bowiem mieć nie lada hart ducha, żeby co tydzień pojawiać się na trybunach albo przed telewizorem i patrzeć, jak klub, który jeszcze niedawno był synonimem sukcesu w Polsce, dziś przypomina bardziej marudera w kolejce niż najwyższego dowódcę na paradzie zwycięstwa. Od kilku lat Legia sprawia wrażenie przyćmionej. Stoi gdzieś w ciemnym kącie polskiej piłki, jak uczeń, który kolejny raz zapomniał pracy domowej i udaje, że go nie ma. Ani szansa na Ligę Mistrzów, ani wiążące się z nią pieniądze nie mobilizują tego zespołu. Europejskie ambicje? Prestiż mistrzowskiego tytułu? To wszystko wygląda, jakby było poza orbitą zainteresowania władz przy Łazienkowskiej.
Zamiast odważnych planów, któryś już raz dostajemy tłumaczenia, że „następny sezon będzie lepszy”. Jeszcze w 2021 roku Legia prowadzona przez Czesława Michniewicza broniła mistrzowskiego tytułu. Trzy mistrzostwa z rzędu przed triumfem Piasta Gliwice – tamtejsza codzienność. Kibice mogli przeżywać na okrągło piękne, sportowe chwile z ich ukochaną drużyną. Dziś jednak to już odległa historia, bez nadziei na jej powtórzenie, przynajmniej w aktualnej kondycji klubu. Obecna Legia nie rozpala nawet iskry, a co dopiero małego płomyka nadziei.

Chęci i walka – niestety bez satysfakcjonującego efektu
Kiedy patrzę na dzisiejszą Legię, widzę wysiłek pozbawiony skutku. To jakby ktoś próbował rozbić mur plastikową łyżeczką – ruch jest, pot, a nawet determinacja, ale bez większego efektu. Przyglądając się cotygodniowym meczom w ramach ekstraklasowych spotkań, widzę co najwyżej parę indywidualności, które i tak nie prezentują stabilnej formy, kilku piłkarzy, których pożera niepewność, oraz trenera – choć nowego – to nieprzekonanego do własnych pomysłów.
Nowy trener i problemy w Ekstraklasie
Latem Edward Iordănescu zastąpił na ławce trenerskiej niejednoznacznego Gonçala Feio. Poprzednik doprowadził zespół do ćwierćfinału Ligi Konferencji Europy i zdobył Puchar Polski, ale w Ekstraklasie Legia wyglądała tragicznie, kończąc sezon dopiero na 5. miejscu – za Pogonią Szczecin. Aktualny menedżer rozpoczął przygodę przy Łazienkowskiej obiecująco, bo od pewnego zwycięstwa nad Lechem Poznań w Superpucharze Polski, lecz szybko pojawiły się problemy. Z ogromnym trudem wprowadził zespół do fazy ligowej europejskich pucharów, a w Ekstraklasie Legia zajmuje dziś dopiero 12. miejsce, bez zwycięstwa od trzech kolejek. Ani w Europie, ani w kraju nie widać stabilnego składu, ustawienia czy taktyki. Czas na eksperymenty szybko się kończy, a mistrzostwo wydaje się coraz bardziej odległe, obawiam się, że może nawet i poza horyzontem legionistów.
Pokręcone transfery, kolejne osłabienia
Nie mogę też nie wspomnieć o ostatnich, mocno wątpliwych decyzjach transferowych. Wciąż nie rozumiem, dlaczego klub zrezygnował z Ryoyu Morishity. Choć reprezentant Japonii przybył do stolicy na ramach wypożyczenia, w krótkim czasie zdążył wyrobić solidną pozycję. Jako skrzydłowy potrafił w sposób kapitalny napędzać ofensywne akcje. Szczycił się też ciekawym dryblingiem i kontrolą piłki. Transfer do Blackburn w Championship nie wydaje się ani sportowym, ani finansowym sukcesem Legii. Kolejnym osłabieniem jest odejście Jana Ziółkowskiego. Oczywiście, oferty z AS Romy się nie odrzuca, a przynajmniej grając w Ekstraklasie, jednak wstrzymanie transferu o rok wydawałoby się bardziej rozsądne. Klub z Serie A zaoferował wprawdzie 6 milionów euro, lecz przez historię transferową Legii, nie mam przekonania, że pieniądze te zostaną dobrze wykorzystane.
Kontuzje i dramatyczne osłabienia kadry
Jakby tego było mało, Legia musi radzić sobie z kontuzjami kluczowych zawodników. Największym ciosem jest poważny uraz Jeana-Pierre’a Nsame. Napastnik, pod okiem Iordănescu, wreszcie pokazał się z dobrej strony. Aktywny, kreatywny i bramkostrzelny. Był brakującym ogniwem ataku Legii – skuteczną dziewiątką. Teraz czeka go nawet półroczna przerwa, po kontuzji odniesionej w przegranym meczu z Cracovią. Na liście kontuzjowanych znalazł się też Gonçalves – defensywny pomocnik wróci na boisko dopiero w okolicach października. Perspektywa kolejnych tygodni bez tych zawodników wygląda ponuro, a dotychczasowe występy Legii i tak trudno było oglądać bez zawodu. Wszystko to składa się na obraz drużyny, która zamiast marzyć o mistrzostwie, powinna martwić się o ligowe przetrwanie w górnej połowie tabeli.

Kilka pozytywów i słowa podsumowania
Nadzieję jednak daje Paweł Wszołek – piłkarz, który gra tak, jakby Legia mogła osiągnąć niemożliwe. Obiecująco wygląda odbudowujący się Kacper Tobiasz. Do tego Jean-Pierre Nsame – napastnik, który wreszcie miał być tym brakującym elementem. Miał, bo teraz grozi mu kilkumiesięczna pauza. No i nowe twarze: Kamil Piątkowski, Damian Szymański, Rajović… a może jeszcze i Kacper Urbański? Z jednej strony wygląda to ciekawie, z drugiej zdaję sobie sprawę, że zgranie zajmie kilka kolejek sezonu. Kolejek niezwykle ważnych, bez pola do błędu, a przynajmniej dla tych, którzy mierzą najwyżej.
Czy te kilka pozytywów może odwrócić kolejne fragmenty sezonu? Nie jestem o tym przekonany. Legia jest drużyną pogubioną, wypaloną. Od dłuższego czasu legioniści nie grają ani efektywnie ani efektownie. Zamiast walczyć o upragnione mistrzostwo, walczą z wewnętrznymi demonami. Co sezon, jako kibic, słyszę takie same oświadczenia, obietnice. Na okrągło oglądam ten sam brak pomysłu na grę i co rok patrzę na mistrzowską fetę rywali. Jeśli dziś ktoś zapyta mnie, czy wierzę w mistrzostwo Legii, odpowiem, że wierzyć można we wszystko. Pytanie tylko – po co?







